[Część pierwsza]
Po naprawie auta pomyślałem sobie - no, teraz to już tylko z górki. Akurat. Został mi w końcu do zrobienia "tylko" przegląd pokolizyjny. Niestety, jak dowiedziałem się od kolegi z pracy, w przypadku auta z instalacją gazową z zabranym przez policję dowodem rejestracyjnym diagnosta zawsze będzie wymagać nowej homologacji, albo wymiany na nową/inną butlę gazową z ważną homologacją. Nie chciało mi się w to wierzyć, bo auto miało zabrany dowód za pęknięty przedni reflektor, a sama butla będącą jeszcze na gwarancji nie mogła ucierpieć w żaden sposób - ale to wszystko, co mówił kolega okazało się być prawdą. Do tego jeszcze w międzyczasie "wyszedł" mi przegląd techniczny. Niespodziewanie pojawił się zatem pewien problem logistyczny - chcąc poczynić kolejne kroki to, zgodnie z prawem, mogłem sam wymontować zbiornik i zawieźć go w stosowne miejsce, załadować Galanta na lawetę, lub też iść do urzędu po tymczasowe blachy, które pozwalają na poruszanie się autem bez ważnego przeglądu technicznego. Wybrałem tę ostatnią opcję jako najbardziej dla mnie wygodną - mogłem w końcu cały czas korzystać z auta i to bez żadnej spiny. Koszt tych blach to jedyne 60 zł, a głód śmigania swoim autem, a nie "pożyczakiem" był duży. Nawiasem mówiąc - pamiętacie "pożyczaka" z filmu "Mask"? To był nieźle zgruzowany Studebacker Champion.
Wracając do głównego tematu - nie byłbym sobą, gdybym nie pojechał na stację diagnostyczną i udając głupa nie spróbował zrobić przeglądu technicznego (a raczej dwóch przeglądów). Zgodnie z tym co podpowiadał rozsądek, którego starałem się jednak tymczasowo zagłuszać, nie przeszło to na żadnej z trzech stacji, które odwiedziłem:) Pojechałem zatem do Radwanic pod Wrocławiem, które to są jedyną lokalizacyją na Dolnym Śląsku, która oferuje na miejscu usługę sprawdzenia zbiornika i wydania stosownego papieru. Pominę opis jak wygląda ta procedura, bo jest to po prostu śmieszne - grunt, że skasowali mnie na 250 zeta. Albo dobra - przychodzi Pan inspektor (i to bez wąsa - to co to za inspektor pytam się ja) z czymś, co wygląda jak pianka do golenia - natryskuje ów specyfik na zawór w butli po czym spogląda nań jak kura na robaka wyłażącego z ziemi. Po badaniu z jeszcze ciepłym kwitem pojechałem na właściwy przegląd (zwykły plus pokolizyjny) którego wynik mógł być tylko jeden - pozytywny. Mniej pozytywna była pewnie moja mina, gdyż operacja przegląd wyszła mnie w sumie aż 570 złociszy polskich. Ale i tak byłem szczęśliwy, już prawie witałem się z gąską...
Jednakże odbiór dowodu
rejestracyjnego to obecnie nie taka prosta sprawa - w związku z kolejnymi
pracami nad Cepikiem 2.0 załatwienie czegokolwiek w Wydziale Komunikacji jest
eufemistycznie ujmując dosyć problematyczne. Wspomnę, że do odbioru
podchodziłem kilka razy! Co prawda mogłem to zrobić raz, a dobrze, ale miałem
miesiąc na poruszanie się na tymczasowych blachach, więc nie spieszyło mi
się jakoś szczególnie. Po prostu po pracy podjeżdżałem do urzędu i próbowałem coś wskórać, ale... nic to nie dało. Musiałem zaplanować kolejną wizytę przed
otwarciem urzędu - dopiero wtedy się udało, i to też po małych przebojach.
Akurat w ten dzień za Zapolskiej zepsuł się ten numerator, czy jak to tam się
nazywa i chaos był jeszcze większy niż zwykle. Ostatecznie odzyskałem blachy
razem z dowodem i cała operacja została zakończona. Prawie. Muszę jeszcze
podjechać do stacji diagnostycznej, żeby wbili mi przegląd do dowodu rejestracyjnego.
Kolejny temat - pod koniec maja
kończyło się OC na Galanta. Ubezpieczyciel dostał oczywiście informację o
stłuczce, bo z mojej polisy była zrobiona naprawa auta osoby poszkodowanej i
Link4 przysłał mi propozycję przedłużenia ubezpieczania. Była tak niesamowicie
atrakcyjna, że nie wahałem się nawet 2 sekund by ją odrzucić - to 4400 zł za
samo OC :D Rzecz jasna olałem ich ciepłym moczem i zakupiłem przez internet
polisę u konkurencji (nie ukrywając "przygody" z początku maja) za
kwotę zaledwie 100 zł wyższą niż wyniosło mnie ubezpieczanie przed stłuczką.
Wnioski? Dzwony i
stłuczki to czasochłonne operacje i choćby z tego względu warto uważać na drogach. A poza tym no to klasycznie - wkurw na system. Moja 15-letnia historia ubezpieczeniowa bez żadnej przygody została przerwana - mimo, że to nie ja prowadziłem auto.
Tyle.
Tyle.











































































