Translate

piątek, 22 czerwca 2018

PRAWDZIWA PATYNA: Nysa N63



Witam. Zapewne zauważyliście ogromny trend wzrostowy cen jakich żąda się za VW T1 - zwłaszcza te w wersjach osobowych. Skutkuje to tym, że obecnie ratuje się nawet największe gruzy - wyciągają je z jezior, bagien, a nawet helikopterami z jakiś niedostępnych miejsc typu lasy, góry i takie tam różne inne. Dziwi mnie natomiast, że ktoś próbuje przenieść ten trend na nasz rynek, a konkretnie to na Nysę. Mam tu nawet wyborny przykład auta w przypadku którego relacja stan/cena jest nieco przesadzona :) Auto wygląda jakby stało w płynącej wodzie praktycznie po dach i zasadniczo to tylko on ostał się w jako takiej kondycji. Zobaczcie zresztą sami jaka to pereła. Cena co prawda nie jest tak zabójcza jak za zgniłe do cna Bulliki, ale i tak 4000 za takie coś wydaje się czystą abstrakcją. Szkoda, że ogłoszenie kusi do zakupu jedynie 3 zdjęciami i nie możemy poznać większej ilości szczegółów tego jakże przecież pięknie zachowanego auta.






LINK



niedziela, 17 czerwca 2018

Operacja Galant cz. 2




[Część pierwsza]

Po naprawie auta pomyślałem sobie - no, teraz to już tylko z górki. Akurat. Został mi w końcu do zrobienia "tylko" przegląd pokolizyjny. Niestety, jak dowiedziałem się od kolegi z pracy, w przypadku auta z instalacją gazową z zabranym przez policję dowodem rejestracyjnym diagnosta zawsze będzie wymagać nowej homologacji, albo wymiany na nową/inną butlę gazową z ważną homologacją. Nie chciało mi się w to wierzyć, bo auto miało zabrany dowód za pęknięty przedni reflektor, a sama butla będącą jeszcze na gwarancji nie mogła ucierpieć w żaden sposób - ale to wszystko, co mówił kolega okazało się być prawdą. Do tego jeszcze w międzyczasie "wyszedł" mi przegląd techniczny. Niespodziewanie pojawił się zatem pewien problem logistyczny - chcąc poczynić kolejne kroki to, zgodnie z prawem, mogłem sam wymontować zbiornik i zawieźć go w stosowne miejsce, załadować Galanta na lawetę, lub też iść do urzędu po tymczasowe blachy, które pozwalają na poruszanie się autem bez ważnego przeglądu technicznego. Wybrałem tę ostatnią opcję jako najbardziej dla mnie wygodną - mogłem w końcu cały czas korzystać z auta i to bez żadnej spiny. Koszt tych blach to jedyne 60 zł, a głód śmigania swoim autem, a nie "pożyczakiem" był duży. Nawiasem mówiąc - pamiętacie "pożyczaka" z filmu "Mask"? To był nieźle zgruzowany Studebacker Champion.



Wracając do głównego tematu - nie byłbym sobą, gdybym nie pojechał na stację diagnostyczną i udając głupa nie spróbował zrobić przeglądu technicznego (a raczej dwóch przeglądów). Zgodnie z tym co podpowiadał rozsądek, którego starałem się jednak tymczasowo zagłuszać, nie przeszło to na żadnej z trzech stacji, które odwiedziłem:) Pojechałem zatem do Radwanic pod Wrocławiem, które to są jedyną lokalizacyją na Dolnym Śląsku, która oferuje na miejscu usługę sprawdzenia zbiornika i wydania stosownego papieru. Pominę opis jak wygląda ta procedura, bo jest to po prostu śmieszne - grunt, że skasowali mnie na 250 zeta. Albo dobra - przychodzi Pan inspektor (i to bez wąsa - to co to za inspektor pytam się ja) z czymś, co wygląda jak pianka do golenia - natryskuje ów specyfik na zawór w butli po czym spogląda nań jak kura na robaka wyłażącego z ziemi. Po badaniu z jeszcze ciepłym kwitem pojechałem na właściwy przegląd (zwykły plus pokolizyjny) którego wynik mógł być tylko jeden - pozytywny. Mniej pozytywna była pewnie moja mina, gdyż operacja przegląd wyszła mnie w sumie aż 570 złociszy polskich. Ale i tak byłem szczęśliwy, już prawie witałem się z gąską...



Jednakże odbiór dowodu rejestracyjnego to obecnie nie taka prosta sprawa - w związku z kolejnymi pracami nad Cepikiem 2.0 załatwienie czegokolwiek w Wydziale Komunikacji jest eufemistycznie ujmując dosyć problematyczne. Wspomnę, że do odbioru podchodziłem kilka razy! Co prawda mogłem to zrobić raz, a dobrze, ale miałem miesiąc na poruszanie się na tymczasowych blachach, więc nie spieszyło mi się jakoś szczególnie. Po prostu po pracy podjeżdżałem do urzędu i próbowałem coś wskórać, ale... nic to nie dało. Musiałem zaplanować kolejną wizytę przed otwarciem urzędu - dopiero wtedy się udało, i to też po małych przebojach. Akurat w ten dzień za Zapolskiej zepsuł się ten numerator, czy jak to tam się nazywa i chaos był jeszcze większy niż zwykle. Ostatecznie odzyskałem blachy razem z dowodem i cała operacja została zakończona. Prawie. Muszę jeszcze podjechać do stacji diagnostycznej, żeby wbili mi przegląd do dowodu rejestracyjnego.


Kolejny temat - pod koniec maja kończyło się OC na Galanta. Ubezpieczyciel dostał oczywiście informację o stłuczce, bo z mojej polisy była zrobiona naprawa auta osoby poszkodowanej i Link4 przysłał mi propozycję przedłużenia ubezpieczania. Była tak niesamowicie atrakcyjna, że nie wahałem się nawet 2 sekund by ją odrzucić - to 4400 zł za samo OC :D Rzecz jasna olałem ich ciepłym moczem i zakupiłem przez internet polisę u konkurencji (nie ukrywając "przygody" z początku maja) za kwotę zaledwie 100 zł wyższą niż wyniosło mnie ubezpieczanie przed stłuczką.



Wnioski? Dzwony i stłuczki to czasochłonne operacje i choćby z tego względu warto uważać na drogach. A poza tym no to klasycznie - wkurw na system. Moja 15-letnia historia ubezpieczeniowa bez żadnej przygody została przerwana - mimo, że to nie ja prowadziłem auto.

Tyle.




środa, 13 czerwca 2018

Operacja Galant cz. 1



Witam. W końcu znalazłem trochę czasu i mogę Wam opisać całą historię stłuczki w Galancie, no i dopiero niedawno zamknąłem wszystkie sprawy z nią związane. Może nie wszyscy załapali się na tę informację, więc jadę ze wszystkim od początku. 6 maja kiedy wracaliśmy z wycieczki do Czech kolega, który akurat wtedy prowadził Gala wpakował się jakiemuś tam Seatowi w tyłek. Moje pierwsze zaskoczenie - nie byłem jakoś bardzo wkurzony tym faktem. Doskonale wiem, że niczego to już nie zmieni, a kierownik i tak miał już dostatecznie duże poczucie winy. Straty nie były - jak od razu dodam - z pozoru takie duże. Chłodnica cała, auto w pełni sprawne, nie miałem więc szczególnych powodów do zmartwień, a Marcin od razu powiedział, że naprawi mi samochód na swój koszt. Na nasze nieszczęście poszkodowani chcieli wezwać policję. Zupełnie nie wiem w jakim celu, skoro to my wjechaliśmy im w tyłek i nasza odpowiedzialność jest wtedy niepodważalna, żadne gadanie o szoku już tego nie zmieni. Efekty były takie, że Marcin dostał 2,5 paki mandatu + punkty, a mnie milicjanty zarekwirowały kwity za... pęknięty reflektor. To już mnie trochę zmartwiło, bo przewidywałem późniejsze problemy, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem jakie.



Samochodem mogłem sobie dojechać do domu i tak też zrobiłem. Szybko skonsultowałem się z ojcem, którego dobry znajomy miał warsztat blacharsko-lakierniczy i wie co polecić. Chyba już następnego dnia po tym całym wydarzeniu zawiozłem auto do wskazanego przez wspomnianego wyżej człowieka warsztatu. Powiem już wybiegając mocno w przód, że była to dobra decyzja - widać, że przyłożyli się do pracy. Podejrzewam, że wyjściowo oferują bardzo dobrą jakość, bo Galant w porównaniu do innych aut jakie czekały tam w kolejce na naprawę był autem o wartości bliskiej... zeru :) Dzięki robocie po znajomości auto od razu zostało rozebrane i na następny dzień mogłem podjechać i zobaczyć skalę zniszczeń.

To, co z pozoru wyglądało tylko na wymianę maski, zderzaka, atrapy i jednego reflektora okazało się być tylko pobożnym życzeniem. Po otworzeniu maski (była zablokowana) wyszło, że również pas przedni + belka będzie do wymiany. Tyle dobrze, że oba przednie błotniki uchowały się całe. Nie kombinowałem z prostowaniem pasa przedniego, bo oprócz tego, że był dosyć istotnie zdeformowany w jednym miejscu, to jeszcze - jak to w Galach - swoje do gadania miała również korozja. No i bardzo lubię to auto, więc nie chciałem tu żadnego druciarstwa. Pas przedni i belka wjechały zatem nowe w zamienniku (razem niecałe 6 stów) - o dziwo pas podszedł bez żadnych problemów, co nie jest standardem w przypadku zamienników.

Maska o dziwo też występuje w zamienniku i nie jest droga - kosztuje coś około 4 stów, ale stwierdziłem, że nie ma co ryzykować i wolałem poszukać bardzo ładnej używki ze względu na idealny spas. Znalezienie takiej maski to prawdziwe wyzwanie - maska jest bardzo długa, a zatem podatna na wgniotki, no i często gnije z przodu pod uszczelką. Ale udało się! Po tygodniowych poszukiwaniach znalazłem stację demontażu, która ma/miewa dużo Galantów na stanie (gdzieś pod Szczecinem). Akurat mieli bardzo ładnego czarnego Galanta z mojego rocznika, też Elegance, no i udało mi się kupić kompletny ryj za jedyne 950 zeta. Cena niezła - same maski potrafią kosztować po 500 zł i być znacznie gorsze od tej, którą chcemy zamienić.

Po kilku dniach paczki doszły no i tak - maska perfekcyjna (lepsza niż ta przed stłuczką), zderzak perfekcyjny (lepszy od poprzedniego, nawet nigdzie nie przytarty od dołu), reflektory jak nowe (ale o to akurat nie trudno, bo są porządne szklane - to nie to, co to plastikowe gówno w nowszych autach, które po kilku latach robią się matowe i żółte), atrapa niezła - ale z niej nie jestem zadowolony do końca i poszukam innej - idealnej. Kierunkowskazy spoko.







Aż szkoda malować, ale znalezienie bardzo ładnych elementów na podmiankę w kolorze mojego graniczy z cudem, bo to rzadko spotykany kolor
Tu jeszcze wstępnie włożony pas przedni + stara maska
A taki Merol stał sobie w warsztacie - dziurawy jak sito


We Wrocławiu malowanie nie jest tanie - ja płaciłem 4 stówy za malowanie jednego elementu, więc nie tak źle. Lacart ponoć kasuje już po 7 stów... W Galach - w odróżnieniu od wielu innych aut z tamtych lat - pas przedni jest malowany pod kolor budy, co nieco podniosło koszty. Maska z dwóch stron - 600 zł. Generalnie jednak lakier został położony bardzo, bardzo dobrze - nie widzę żadnej różnicy w stosunku do oryginalnej powłoki lakierniczej. Na koniec zostało mi jeszcze szybkie poszukiwanie linki od maski - stara była przycięta. Trafiłem na gościa z Wrocławia, który ma masę gratów do Galantów (w razie czego służę numerem) i kupiłem u niego linkę. Niestety - to ważna informacja - linki od maski w Galantach EA są różnej długości. Ja nie pobrałem swojej na wzór i kupiłem nieco za krótką. Na szczęście była opcja zamiany na dłuższą i już następnego dnia dostarczyłem właściwą mojemu blacharzowi - Galant był gotowy :)



Cała operacja zajęła zaledwie dwa tygodnie - po pierwsze ja miałem ciśnienie, żeby z różnych względów naprawić to jak najszybciej, a i warsztat też miał inne auta w kolejce i zależało im na sprawnym domknięciu tematu naprawy Gala. 

Efekt wyszedł naprawdę fajny moim zdaniem. Mało który Galant EA w Polsce ma teraz przód w tak dobrym stanie jak mój :)








piątek, 8 czerwca 2018

PRAWDZIWA PATYNA: Wrocławskie Porsche 911


Witam. Zdjęcia tego auta, jak i jego historię poznałem dzięki stałemu czytelnikowi szrociaków - Wojtkowi. Historia wygląda tak, że ojciec Wojtka ma warsztat samochodowy i dostał zlecenie pewnych napraw w tym aucie. Rzecz w tym, że po ich dokonaniu właściciel nie za bardzo śpieszył się z odbiorem auta - a minęło już 20 lat odkąd auto pojawiło się na warsztacie, gdyż było to najprawdopodobniej w 1998 roku. Z jednej strony to dosyć drogie auto, ale z drugiej strony trochę nie dziwi mnie, że samochód nie został odebrany - zrozumiecie sami po zobaczeniu zdjęć. Jest albowiem grubo. Nawet bardzo. Oddaje głos Wojtkowi:

Generalnie Pan właściciel przyjechał do nas kilkanaście lat temu (a może 20 lat) i zostawił to auto w celu ogarnięcia zawieszenia, ponieważ wszystko trzymało się na słowo honoru. Był zadowolony z usługi, więc stwierdził, że zrobi również remont silnika. Silnik został wyciągnięty z auta i... od tamtej pory słuch po kliencie zaginął. Pojawił się parę lat później zrobić zdjęcia, ponieważ chciał sprzedać auto, niestety chciał za nie coś koło 100 tysięcy złotych, więc nikt tego nie kupił i tak sobie Porsche wrasta w ziemię. Próbowałem przekonać ojca, żeby jakoś te auto przejąć, bo podobno jest taka opcja jak mimo próśb nikt go nie odbiera, ale największym minusem jest to, że właściciel ponoć taki nieco szemrany ;)







A nie mówiłem, że wspaniały? :D Szkoda, że nie ma zdjęć wnętrza, ale ponoć są tam jakieś kubły Sparco, a cała deska jest obita czerwoną skórą. Całość wygląda mi na mocno poszerzony model G (czyli pierwsza generacja 911-tki), ale ze spoilerem od 993 Turbo i tylnym pasem także od 993. Nisko, szeroko na długo przed RAUH-Welt Begriff ;) Smaczku dodają dziwne czarne blachy. Ciekawe również, czy auto nie ma jakiejś historii w Polsce - typu np. Maryla Rodowicz jako pierwsza właścicielka itd.




poniedziałek, 4 czerwca 2018

FRANCUSKIE STADKO



Witam. Dobre wiadomości – FB coś tam pogmerał i mam już pełny dostęp do szrociakowego konta. Ale do rzeczy. Kilka dni temu podczas pieszego carspottingu po okolicy (z browarem w ręce) trafiłem na bardzo interesujące zbiorowisko samochodów. Wszystkie są francuskie i większości z nich nie zobaczycie na ulicach, a nawet na zlotach. Pod dachem stał sobie Citröen 2CV, dwa Citröeny Dyane i chyba najciekawszy bolid - Peugeot 403 w niecodziennym, żółtym lakierze. Kawałek dalej stał jeszcze Citröen Acadiane, którego już kiedyś pokazywałem na FB. 










środa, 30 maja 2018

WIADOMOŚCI PARAFIALNE



Witam. Wiadomości mam takie sobie - otóż z jakiś względów nie mam pełnego dostępu do konta na FB z poziomu kąkutera. Konto nie jest zablokowane, ale przy próbie wejścia na nie pojawia się błąd pętli przekierowań i dupa. Próbowałem z kilku komputerów z różnymi przeglądarkami, więc problem raczej nie leży z mojej stronie, a po stronie FB. Tyle dobrze, że mogę wejść na konto z telefonu i tam jakoś dodawać materiały (choć nie mogę wrzucać zdjęć, ani czytać Waszych wiadomości), ale generalnie to jestem mocno wkurbiony na tą jxxxxą firmę. Każdy, kto miał podobne akcje z FB wie, że zgłoszenie danego problemu na ich stronie niekoniecznie równa się z jakąkolwiek reakcją z ich strony. Są monopolistą na rynku to mogą sobie np. zamknąć wasze konta i wuj Wam do tego - no bo co im zrobimy?




Podsumowując - jeśli macie do mnie jakieś pytania, chcecie podrzucić jakiś link to najlepiej piszcie na szrociaki@gmail.com Wiadomości z FB pozostaną bez odpowiedzi, póki FB czegoś z tym nie zrobi.


poniedziałek, 28 maja 2018

Z WIZYTĄ: Moto Weteran Bazar Łódź 2018



Witam. Dziś wpis gościnny Fabrykanta zapewne znanego Wam z bloga Fotodinoza. Zanim jednak oddam klawiaturę Marcinowi, to chciałem napisać kilka słów od siebie, bo na hasło Moto Weteran Bazar przed oczami staje mi historia sprzed około 10 lat, kiedy to pojechaliśmy na tę imprezę wystawienniczo-handlową z kolegą Wojciechem, którego ojciec - Tomasz - zbiera mapy (co będzie potem istotne dla całej historii). Na okoliczność wyjazdu zaopatrzył on syna w mapę Łodzi (a to był jeszcze ten okres kiedy nawigacja w telefonie była czystym absurdem), rączo wsiedliśmy w pociąg do Łodzi, otworzyliśmy browary, no i w drogę! Już na miejscu, na dworcu korzystając z mapy szybko wyszliśmy w miasto i zaczęliśmy się kierować na stadion. Gdzieś w połowie drogi zgubiliśmy się i zaczęliśmy pytać przechodniów o drogę pokazując mapę i wymieniając nazwy ulic tam zawarte. Ludzie patrzyli na nas jak na debili i dopiero wtedy doszło do nas, że mapa jest z lat 60. i spora część ulic już dawno zmieniła nazwy. A my pytaliśmy o jakieś ulice Bieruta czy Armii Czerwonej, czy coś w tym stylu :) Generalnie jednak to był spoko wyjazd. Dobra - tyle słowa wstępu.


Jak było? Dość fajnie. Fajniej niż do tej pory. Moto Weteran Bazar w Łodzi nigdy nie słynął z jakichś specjalnych atrakcji automobilistycznych, był głównie dla motocyklistów. Nie był też ę-ą imprezą wystawową, tylko zwykłym targowiskiem, na którym się handluje. Niektórzy uznają to za wadę, inni za zaletę. Można tu spotkać każdego – helsendżelsów, dziadków z ogniem w oczach i wałem od Dużego Fiata na grzbiecie, pana z brzuszkiem, który zatrzymuje się przy każdym stoisku i pyta „czy jest przedni błotnik od motorynki?”, gości z napisami przyklejonymi na gołe plecy „sprzedam kurtkę skórzaną”, a także normalsów z dziećmi i laski, które przyszły sobie kupić glany. Mieszają się tu języki – polski, ukraiński, czeski, rosyjski. Wszystko się tu miesza.
Samochody były zwykle marginesem MWB, tak było i tym razem, ale może leciutko ciekawiej. Przedwojenne auta wywiało zupełnie – nie widziałem ani jednego, co jeszcze parę lat temu nie miało miejsca. Zawsze trafił się jakiś dziurawy grat na lawecie. Tym razem nic. Ale za to ceny jakby nieco spadły, a przynajmniej wydają się być nie tak przerażające. Może dlatego, że odwiedziłem bazar w dniu schyłkowym, znaczy się w niedzielę, kiedy to sprzedawcy myślą już o wyjeździe do domu i spyleniu towaru za niższe kwoty.

Samochodów mało. Te bardziej interesujące macie na zdjęciach, są wśród nich dwa, których nigdy na żywo nie widziałem, zatem wypad na MWB uznaję za udany. Motocykli za to jak zwykle dużo. Bo motocykle, one są niezwykłe (cytat). Lubię je oglądać, choć się na nich nie znam, dla oddania klimatu bazaru wrzucam ich też trochę.

Taunus 20 M w stanie „niezły z zewnątrz, trochę spatynowany w środku

Takie oto kombo na pagórku. Przy okazji nieco śmieszne wydaje się wystawianie kolekcjonerskiego W124, podczas gdy tuż obok stoją takie same egzemplarze, tylko że z przyczepką pełną złomu, będące zwykłym środkiem lokomocji sprzedających na straganach. No ale co robić. Ten pojazd nie chce się zestarzeć
Warszawa na sygnale

Rekinek, w stanie wskazującym na renowację sprzed lat


Chyba największy cymesik -Datsun 120Y


Bardzo ciekawe wnętrze ma ten pojazd - wygięta w łuk deska rozdzielcza
Ładna sztuka. Niczego jej nie brakowało
Do sprzedania, zagraniczny wóz

Drugi cymesik i rzadkość (moim zdaniem) W126 SEC przerobiony w swej na kabriolet. Jeździłbym!


Tutaj prawilny kabriolet, z prawilnym silnikiem. Troszkę pomalowany odkurzaczem, ale niech będzie

Na Moto Weteran Bazar dużą część zajmują militaria. Jak ktoś chce kogoś zastrzelić, to powinien tu wpaść się zaopatrzyć. Hitem stoisk straganowych są makiety niemieckich granatów z drewnianą rączką. Granat w każdym domu!
Za to z pojazdów militarnych występują solidne standardy. O proszę bardzo:




Jeden z najładniejszych motocykli- pięknie spatynowany i nie przerestaurowany
Występują też pojazdy militarne niespodziewane. Prawdopodobnie najciekawszy pojazd na MWB, mianowicie Dodge 3/4 tony, w wersji „samochód propagandy wojskowej”. Stan - jak z fabryki. To znany w Łodzi egzemplarz, który czasem widać na mieście. Obok standardowy Dodge



Tuż obok, znany z „Automobilisty” egzemplarz BMW Baur, nieco przesadnie stuningowany

Zdaje się, że mamy lata 80-te. Maluch do sprzedania za 16 tysięcy
Nie sprzedało się. Wyjeżdżamy
Wyjątkowy słodziak - DKW
Zdaje się że ja już to widziałem w zoo



Takich stoisk jest na MWB najwięcej


Warto spojrzeć, czym też przyjechały te wszystkie części. Tu też jest ciekawie

To był hit gastronomiczny! Mohito nalewane z prawdziwej pompy strażackiej z 406

Tutaj pojazd okazyjny. Serio. Za 1500 zł niezgnity Escort z przeglądem i O.C. Dawniej takie nie bywały na bazarze. Nawet przez chwilę się nad tym Escortem zastanawiałem

Zastanawiałem się, zwłaszcza, że za te same 1500 zł można było kupić motorynkę Romet
Tutaj też szejkowski wypas. Wnętrze z firaneczkami. Niejedną kreskę w nim wciągnięto
Na pożegnanie – odjazd Datsuna. Nie sprzedał się, biedaczek


Kupić, nie kupić? Odwiedzić zawsze warto. Ku rozrywce zdradzę, że mój kumpel kupił na tym MWB zardzewiałą latarnię od bryczki. Po rozłożeniu na części w domu okazało się, że w środku rączki jest zwinięta w kulkę niemiecka gazeta z 1918 roku. Fuksy się czasem zdarzają.
I to by było na tyle.

Fabrykant