Witam. W końcu znalazłem trochę czasu i mogę Wam opisać całą historię stłuczki w Galancie, no i dopiero niedawno zamknąłem wszystkie sprawy z nią związane. Może nie wszyscy załapali się na tę informację, więc jadę ze wszystkim od początku. 6 maja kiedy wracaliśmy z wycieczki do Czech kolega, który akurat wtedy prowadził Gala wpakował się jakiemuś tam Seatowi w tyłek. Moje pierwsze zaskoczenie - nie byłem jakoś bardzo wkurzony tym faktem. Doskonale wiem, że niczego to już nie zmieni, a kierownik i tak miał już dostatecznie duże poczucie winy. Straty nie były - jak od razu dodam - z pozoru takie duże. Chłodnica cała, auto w pełni sprawne, nie miałem więc szczególnych powodów do zmartwień, a Marcin od razu powiedział, że naprawi mi samochód na swój koszt. Na nasze nieszczęście poszkodowani chcieli wezwać policję. Zupełnie nie wiem w jakim celu, skoro to my wjechaliśmy im w tyłek i nasza odpowiedzialność jest wtedy niepodważalna, żadne gadanie o szoku już tego nie zmieni. Efekty były takie, że Marcin dostał 2,5 paki mandatu + punkty, a mnie milicjanty zarekwirowały kwity za... pęknięty reflektor. To już mnie trochę zmartwiło, bo przewidywałem późniejsze problemy, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem jakie.

Samochodem mogłem sobie dojechać do domu i tak też zrobiłem. Szybko skonsultowałem się z ojcem, którego dobry znajomy miał warsztat blacharsko-lakierniczy i wie co polecić. Chyba już następnego dnia po tym całym wydarzeniu zawiozłem auto do wskazanego przez wspomnianego wyżej człowieka warsztatu. Powiem już wybiegając mocno w przód, że była to dobra decyzja - widać, że przyłożyli się do pracy. Podejrzewam, że wyjściowo oferują bardzo dobrą jakość, bo Galant w porównaniu do innych aut jakie czekały tam w kolejce na naprawę był autem o wartości bliskiej... zeru :) Dzięki robocie po znajomości auto od razu zostało rozebrane i na następny dzień mogłem podjechać i zobaczyć skalę zniszczeń.
To, co z pozoru wyglądało tylko na wymianę maski, zderzaka, atrapy i jednego reflektora okazało się być tylko pobożnym życzeniem. Po otworzeniu maski (była zablokowana) wyszło, że również pas przedni + belka będzie do wymiany. Tyle dobrze, że oba przednie błotniki uchowały się całe. Nie kombinowałem z prostowaniem pasa przedniego, bo oprócz tego, że był dosyć istotnie zdeformowany w jednym miejscu, to jeszcze - jak to w Galach - swoje do gadania miała również korozja. No i bardzo lubię to auto, więc nie chciałem tu żadnego druciarstwa. Pas przedni i belka wjechały zatem nowe w zamienniku (razem niecałe 6 stów) - o dziwo pas podszedł bez żadnych problemów, co nie jest standardem w przypadku zamienników.
Maska o dziwo też występuje w zamienniku i nie jest droga - kosztuje coś około 4 stów, ale stwierdziłem, że nie ma co ryzykować i wolałem poszukać bardzo ładnej używki ze względu na idealny spas. Znalezienie takiej maski to prawdziwe wyzwanie - maska jest bardzo długa, a zatem podatna na wgniotki, no i często gnije z przodu pod uszczelką. Ale udało się! Po tygodniowych poszukiwaniach znalazłem stację demontażu, która ma/miewa dużo Galantów na stanie (gdzieś pod Szczecinem). Akurat mieli bardzo ładnego czarnego Galanta z mojego rocznika, też Elegance, no i udało mi się kupić kompletny ryj za jedyne 950 zeta. Cena niezła - same maski potrafią kosztować po 500 zł i być znacznie gorsze od tej, którą chcemy zamienić.
Po kilku dniach paczki doszły no i tak - maska perfekcyjna (lepsza niż ta przed stłuczką), zderzak perfekcyjny (lepszy od poprzedniego, nawet nigdzie nie przytarty od dołu), reflektory jak nowe (ale o to akurat nie trudno, bo są porządne szklane - to nie to, co to plastikowe gówno w nowszych autach, które po kilku latach robią się matowe i żółte), atrapa niezła - ale z niej nie jestem zadowolony do końca i poszukam innej - idealnej. Kierunkowskazy spoko.
 |
| Aż szkoda malować, ale znalezienie bardzo ładnych elementów na podmiankę w kolorze mojego graniczy z cudem, bo to rzadko spotykany kolor |
 |
| Tu jeszcze wstępnie włożony pas przedni + stara maska |
 |
| A taki Merol stał sobie w warsztacie - dziurawy jak sito |
We Wrocławiu malowanie nie jest tanie - ja płaciłem 4 stówy za malowanie jednego elementu, więc nie tak źle. Lacart ponoć kasuje już po 7 stów... W Galach - w odróżnieniu od wielu innych aut z tamtych lat - pas przedni jest malowany pod kolor budy, co nieco podniosło koszty. Maska z dwóch stron - 600 zł. Generalnie jednak lakier został położony bardzo, bardzo dobrze - nie widzę żadnej różnicy w stosunku do oryginalnej powłoki lakierniczej. Na koniec zostało mi jeszcze szybkie poszukiwanie linki od maski - stara była przycięta. Trafiłem na gościa z Wrocławia, który ma masę gratów do Galantów (w razie czego służę numerem) i kupiłem u niego linkę. Niestety - to ważna informacja - linki od maski w Galantach EA są różnej długości. Ja nie pobrałem swojej na wzór i kupiłem nieco za krótką. Na szczęście była opcja zamiany na dłuższą i już następnego dnia dostarczyłem właściwą mojemu blacharzowi - Galant był gotowy :)

Cała operacja zajęła zaledwie dwa tygodnie - po pierwsze ja miałem ciśnienie, żeby z różnych względów naprawić to jak najszybciej, a i warsztat też miał inne auta w kolejce i zależało im na sprawnym domknięciu tematu naprawy Gala.
Efekt wyszedł
naprawdę fajny moim zdaniem. Mało który Galant EA w Polsce ma teraz przód w tak dobrym stanie
jak mój :)