Translate

środa, 6 lipca 2016

500.000 WEJŚĆ: 500.000 zgnitych Żuków


Witam. Co prawda te pół miliona wejść stuknie szrociakom za jakieś 2 dni, ale nie chciałem zaspać i już dziś zobaczycie wpis okolicznościowy. Już klasycznie dla szrociaków przedstawię coś z moich obfitych zbiorów zdjęć starych fur z różnych ogłoszeń sprzed lat - w tym wydaniu będą to Żuki, ale tylko tzw. "Smutki", czyli wczesne roczniki na nieco innym ryju, niż te późniejsze, jakie spotyka się jeszcze okazjonalnie na naszych ulicach. Co tam jeszcze? Nie ma się chyba co rozwodzić nad samą liczbą - pół banki to sporo, ale teraz czekam na kolejne pół:) Dzięki za wasze odwiedziny! Zapraszam na foty.
 
















Moje ulubione zdjęcie z kolekcji








































































piątek, 1 lipca 2016

SZROHISTORIA: Wodowanie Malucha




Witam. Dziś tylko krótka historia i to bez zdjęć, ale i tak powinno się Wam podobać, gdyż będzie w niej jeden szrociak. Na uczelniach właśnie skończyła się sesja, więc pomyślałem, że dziś podzielę się z Wami pewną historią ściśle związaną właśnie z tym specyficznym okresem. Zacznę od tego, że osobiście nie brałem udziału w tym wydarzeniu, ale historię znam z opowieści ojca kumpla, a on zasłyszał ją od poprzedniego rocznika na swoim wydziale. Do tego chcę podkreślić, że jest to historia, która faktycznie wydarzyła się.

Nie wiem jak jest na innych odpowiednich wydziałach Politechniki w Polsce, ale na naszym Wydziale Mechanicznym niektórzy z wykładowców są dosyć specyficzni i co tu dużo ukrywać - nieco wkur.... Ile to już razy słyszałem o nieodwoływalnych profesurkach, którzy oblewają wszystkich jak leci. Albo preferują dosyć specyficzne metody zaliczeń - np. rzut plikiem prac w powietrze. Ci, których prace zostaną na biurku zaliczą na 3, reszta oblewa i jest skazana na poprawkę. Nie dziwota więc, że studenci często "denerwują się" na takich gości i kombinują jak by tu im utrzeć nosa. Czasami nie ma innego wyjścia, jak zrobić coś naprawdę dotkliwego i tak też było w tym wypadku.

Wszystko działo się około 1990 roku we Wrocławiu w kampusie Politechniki Wrocławskiej mieszczącym się przy Wybrzeżu Stanisława Wyspiańskiego, a jeszcze konkretniej to w okolicach budynków B1 i B2 - a te sąsiadują z Odrą. Osoba od której znam tę historię potwierdziła, że ofiara tylko prosiła się o jakaś odpowiedź ze strony studentów - była nadzwyczaj wredna i niereformowalna, o czym świadczy tylko jedna sytuacja jaka miała miejsce podczas zaliczenia. Profesor Inglot na egzaminie z matematyki bez zadawania żadnych pytań najpierw wpisał do indeksu 3, a potem stwierdził, że nie podoba mu się ta osoba i wstawił jej "grzałę", doprowadzając do konieczności powtarzania całego roku. Profesor Inglot, który podpadł studentom jeździł wówczas białym Maluchem z lat 80., choć niewyliczone, że był to jeszcze wcześniejszy rocznik. Jak większość ludzi wie - cechą charakterystyczną tego samochodu jest jego niska masa pozwalająca dosyć swobodnie przenosić go za pomocą kilku osób. Sam w zamierzchłych czasach licealnych pomagałem wnieść Kaszlaka kumpla między dwa drzewa - tak, że z każdej strony miał może z 10 cm:) W odpowiedzi moja ówczesna Skoda 100 była bardzo szczelnie pokryta gałęziami. Wracając jednak do głównej historii, kiedy wkurw studenckiej gawiedzi osiągnął zenit stwierdzili, że wrzucą oni profesorskiego Kaszla do Odry, żeby dać mu trochę do myślenia. I co najlepsze nie był to tylko pomysł - jak wymyślili, tak zrobili! W okolicy budynku B1 dostęp do Odry jest dosyć łatwy, więc obyło się bez zrzucania samochodu do rzeki z wysokiego nadbrzeża jakie występuje trochę dalej (w okolicy Mostu Grunwaldzkiego) - tam wystarczyło go jedynie wepchnąć.

Ponoć koszty wyciągnięcia samochody z Odry były dosyć duże, ale co najgorsze - gość nie odczytał poprawnie tego "mesydża" i niestety dalej był wybitną kosą.